Chrze[cijaDski krzy|

Kobieta powraca do życia po śmierci

Cuda modlitw

Kobieta powraca do życia po śmierci
Szpital Św. Heleny rok 1988. Maria S. trafiła do szpitala z zapaleniem wątroby i po zawale serca. Jej przypadek wydawał się beznadziejny. Znalazła się na oddziale intensywnej terapii, oczekując na śmierć.
Maria z mężem nie mieli łatwego życia. Poznali się w dzieciństwie. Pobrali się i pracowali na plantacji bawełny. Byli bezdzietni. Nie mieli też żadnych krewnych.

Kiedy przyjechałem do szpitala, żeby zobaczyć się z Marią, jej mąż siedział przy niej. Płakał, trzymając ją za rękę. Usiadłem obok, kładąc mu dłoń na ramieniu. Powiedziałem, że jestem tu kapelanem i zapewniłem, że będę przy nim. Był wdzięczny. Popłakiwaliśmy razem.
- Lloyd, czy jesteś chrześcijaninem? - zapytałem.
- Nie - stanowczo odpowiedział Lloyd. Jakoś obywaliśmy się bez religii.
- Chciałbym pomodlić się za Marią - powiedziałem.
- Nie pokładaliśmy wiary w modlitwę, ale jeśli chcesz się pomodlić, możesz - odrzekł Lloyd z rezygnacją w głosie.
Tak więc pomodliłem się. Życie Marii wydawało się wisieć na cienkim włosku. Minęły dwie godziny. Zabrałem Lloyda do gościnnego pokoju, przyniosłem mu poduszkę i okrywałem kocem. Biedak był tak zmęczony, że zaraz zasnął. Wróciłem do Marii i znowu modliłem się za nią. Zaczęła tracić oddech. Czuwająca przy nim pielęgniarka, Leida Jurado, zamknęła jej oczy. Dwie linie na monitorze były proste. Maria nie żyła.
Obudziłem Lloyda i zaprowadziłem go do niej. Na tym świecie mieli tylko siebie. Gładził jej włosy, mówił o swej miłości, o tym że nie będzie w stanie żyć bez niej. Płakaliśmy obaj. Lloyd objął ją, szlochając. Po chwili ukląkł przy łóżku z głową na jej ramieniu, trzymając ją za ręce. Gorzko płakał.
Podsunąłem mu krzesło, aby mógł usiąść. Nie przestawałem się modlić: "Ojcze, wiem, że Twój ból jest większy niż nasz. Spraw, żeby Lloyd dowiedział się, że kochasz go, troszczysz się o niego, chcesz, aby był z Tobą, że tak on, jak jego żona mają dla Ciebie ogromną wartość.
Modliłem się cicho, trzymając rękę na plecach Lloyda. Wtedy nagle pielęgniarka, pani Jurado, wykrzyknęła:
- Ona oddycha!
Faktycznie oddychała. Prosta linia na monitorze zaczęła drgać.
Minęło jednak tak wiele czasu, gdy jej ciało i mózg były martwe, że nie mogło się obyć bez poważnej konsekwencji. Zresztą oddychała słabo, jak przedtem. Jej życie dalej wisiało na włosku.
Czekaliśmy kolejne dwie godziny, ale nie było żadnej zmiany. Ponownie położyłem całkowicie wyczerpanego Lloyda do łóżka. Zmęczony próbowałem odpocząć w poczekalni. Po jakichś 45 minutach wezwano mnie nagle do pokoju Marii. Byłem przekonany, że tym razem to już na pewno koniec.
Wziąłem ze sobą Lloyda. Co się okazało? Chwała Bogu!. Maria była świadoma, rozbudzona, pytała o swoje tętno.
- Lloyd, ponieważ Bóg cię kocha, dał ci małżonkę z powrotem! - zawołałem.
Była czwarta nad ranem w poniedziałek. W czwartek ponownie ich odwiedziłem, a w piątek Maria została wypisana ze szpitala. Odjeżdżali szeroko uśmiechnięci. Lloyd uścisnął mnie, mówiąc radośnie:
- Kapelanie, wiem że Bóg nas kocha. Wiem, że wysłuchuje modlitwy. Wierzę w Niego.


Kapelan szpitala
Lloyd Funkhouser.
1229